Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
niedziela, 25 stycznia 2026 18:29
Reklama
List od czytelniczki

Obyś trafił na SOR w Szpitalu Bielańskim

Kilkanaście godzin na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, brak prywatności, chaos organizacyjny i poczucie upokorzenia. To osobista relacja pacjentki z SOR-u Szpitala Bielańskiego, która pokazuje, jak w praktyce wygląda dostęp do publicznej opieki zdrowotnej.
Obyś trafił na SOR w Szpitalu Bielańskim

Autor: Anna Szymańska

W tym liście od czytelniczki przeczytasz m.in. o:

  • realiach funkcjonowania SOR-u w Szpitalu Bielańskim widzianych oczami pacjentki
  • łamaniu praw pacjenta i braku ochrony danych wrażliwych
  • chaosie organizacyjnym, przeciążeniu personelu i wielogodzinnym oczekiwaniu na pomoc

Miałam niebywałą nieprzyjemność trafić na SOR w Szpitalu Bielańskim. A było to tak:

Dostałam skierowanie od lekarza specjalisty do szpitala – na odpowiedni oddział – w celu obserwacji, poszerzenia diagnostyki i znalezienia przyczyn moich problemów. Po niepowodzeniu w szpitalu WIM Szaserów (ojjj, im też należy się uwaga): po kilku miesiącach oczekiwania na konsultację kwalifikującą na oddział, na koniec przykrej rozmowy usłyszałam: „Przyjmujemy tylko przypadki ostre udarowe”. Hmm. Ciekawe, że w stanie ostrym każe się czekać kilka miesięcy. Wszak przy udarze liczą się nawet minuty.

Zasugerowano mi Szpital Bielański. Nie zważając na to, że był 30 grudnia, pojechałam tam, by ustalić, co się da. W sekretariacie oddziału spojrzano na skierowanie i stwierdzono, że mam szansę, bo są wolne miejsca, więc najlepiej, żebym zapakowała się na pobyt i poszła na Izbę Przyjęć.

Z zapakowaną torbą, po poszukiwaniu Izby Przyjęć, około godziny 16:00 weszłam na SOR. Pytałam różnych osób (w tym pracowników wychylających się zza „magicznych drzwi”), ale nikt nie potrafił udzielić mi odpowiedzi. Okazuje się, że w Szpitalu Bielańskim nie ma typowej Izby Przyjęć. Najwyraźniej – ku frustracji i upokorzeniu pacjentów – połączono ją z SOR-em.

Najpierw czeka się na rejestrację. Nie można uzyskać nawet najprostszej informacji, jeśli nie weźmie się numerka. Pani niemal krzykiem informuje o tym nie tylko Ciebie, ale i innych. Wróciłam więc po numerek. Był on pobierany także dla pacjentów przywożonych przez pogotowie. Ratownik brał numerek, pokazywał go rejestratorce i wręczał poszkodowanej osobie, by sama dalej radziła sobie i czekała – jak wszyscy.

W przypadku osoby z wypadku, do której przyszło dwóch policjantów, nie uszanowano prywatności. Dane osobowe, dane wrażliwe – cóż, w poczekalni nie było miejsca, gdzie można by porozmawiać poza forum publicznym. Całe szczęście przy rejestracji moje dane nie zostały ujawnione, bo o to zadbałam. Nie jest to jednak regułą – słyszałam imiona, nazwiska, numery PESEL i inne dane kilku osób.

Dostałam opaskę z danymi i kolejny numerek. Sala była pełna ludzi. Brak choćby automatu z napojami czy czymkolwiek do jedzenia. Jest maszyna z wodą, ale nie ma kubków. Na szczęście miałam ze sobą coś do picia. Czas się dłużył. Niektórzy rezygnowali. Następny etap to oczekiwanie na triaż (ładna nazwa na selekcję/segregację). Czasami trwa to godzinę, czasami dwie, czasami dłużej. Czym jest triaż w Szpitalu Bielańskim? Pomiarem temperatury, ciśnienia, saturacji i wypytaniem o cel przyjścia. Można zgłosić tylko jeden problem. Ankietę wypełnia pielęgniarka lub pielęgniarz. Przeszłam triaż około godziny 19:00.

Tablica w poczekalni wyświetla numerki z podziałem na etapy i kolory ważności, wraz z przybliżonym czasem przyjęcia. Naiwni – nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością.

Następnie przyszły długie godziny oczekiwania na wezwanie, by przekroczyć kolejny próg i wypatrywać lekarza. Około 22:10 zostałam wywołana – tym razem według numerka na opasce – i przeszłam przez „magiczne drzwi”.

Jak tam jest? Bardzo nieprzyjemnie. Wszystkie łóżka zajęte, sale przepełnione. Każde krzesło i każde miejsce do siedzenia okupowane i pilnowane. Mnie przypadł w udziale wózek inwalidzki. Przejścia są tak wąskie, że nawet wózkiem trzeba lawirować. Słychać pokrzykiwania na pacjentów, dziwne krzyki chorych domagających się uwagi, np. podania kaczki czy basenu. Czuć nieprzyjemny zapach – są pacjenci, którzy załatwiają się w pościel. Siedzę z zakrytymi ustami i nosem.

Wygląda to tak, jakby nikomu na niczym nie zależało. Pobieranie krwi na korytarzu. Podawanie kroplówek na korytarzu. Jedna wspólna toaleta – bez zamka. Powolne ruchy, a czasem wręcz chowanie się personelu, gdy w poczekalni zemdlała najpierw jedna, a chwilę później druga kobieta. Znajomy jednej z nich niemal siłą wdarł się do drugiej poczekalni i domagał się pomocy. Dopiero wtedy ktoś zareagował.

Obie kobiety przywieziono i pozostawiono na wózkach. Jedna dostała torbę, by do niej wymiotować. Po pewnym czasie trafiła tam kolejna kobieta, która co chwilę wymiotowała. Bliscy chorych byli wypraszani.

Zaczęła mnie koszmarnie boleć głowa i kręgosłup. To była już szósta godzina. Około 22:30 zeszła z oddziału lekarka. Wypytywała, jak chciała, co chwila mi przerywała, nie chciała zobaczyć dokumentacji. Zbadała mnie, po swojemu zinterpretowała sytuację i wydała zlecenia na pobranie krwi oraz rezonans. Właściwie już wtedy przesądziła, że mnie nie przyjmie.

O 23:30 zawieziono mnie sprawnym wózkiem na badanie. Tu – o dziwo – poszło sprawnie. Kolejki nie było. Po badaniu wróciłam i znów czekałam.

Nocna zmiana, od godziny 24:00, to jeden lekarz i jeden pielęgniarz. Jest jeszcze pan z ochrony – nazwijmy go „drzwiowym”, bo jego głównym zadaniem jest naciskanie przycisku otwierającego drzwi. To był dzień potężnej śnieżycy w Warszawie. Pacjentów wciąż przybywało.

O 1:10 pobrano mi krew. Personel był skrajnie przeciążony – mieli pod opieką kilkadziesiąt osób. Na pytanie, czy można poprosić lekarkę, słyszałam, że „nie mają takiej mocy”. Gdy zwróciłam uwagę, że czekam już wiele godzin, usłyszałam: „Tu zawsze tak jest, nie ma na to rady”.

Czekałam więc dalej. Przysypiałam, o mało nie spadając z wózka.

Około 8:00 przyszła dzienna zmiana. Ruch zrobił się niesamowity – jak w ulu, tyle że zupełnie nieuporządkowanym. Pacjentom leżącym na salach podawano posiłki i picie w styropianowych opakowaniach. Siedzącym na korytarzu – nie. Jest saturator i kubki. Tyle.

Pojawiła się też „moja” pani doktor. To była już siedemnasta godzina mojego pobytu. Na korytarzu wręczyła mi dokumenty i bardzo głośno omawiała mój przypadek, kompletnie ignorując ochronę danych wrażliwych. Skupiła się na lekach psychiatrycznych i zakwestionowała leczenie oraz kompetencje mojego psychiatry. W wypisie zawarła wręcz „instrukcję” dla niego: co usunąć, co zmniejszyć, co zalecić. Pani, która widziała mnie pierwszy raz w życiu.

Byłam skrajnie wykończona, z bólem głowy i kręgosłupa, prawie śpiąca. Nie zareagowałam. Inni pacjenci byli wyraźnie zszokowani.

Musiałam jeszcze chwilę posiedzieć i odreagować. Cel skierowania nie został osiągnięty. Skierowanie zostało w szpitalu. Ja wyszłam bez diagnozy i bez wyjaśnienia, co się ze mną właściwie dzieje.

Podsumowując: nie jest to SOR godny polecenia. Połączono Izbę Przyjęć z SOR-em w sposób skrajnie nieprzyjazny pacjentom. Nie przestrzega się zasad ochrony danych osobowych i praw pacjenta. Dyżury są fatalnie zaplanowane. Brakuje empatii i szacunku. Oddział nie jest przystosowany do zwiększonej liczby pacjentów, a czas pobytu jest sztucznie wydłużany. Funkcjonuje tu zasada: „tak tu jest” – czyli nic się nie da zmienić.

„Obyś trafił na SOR w Szpitalu Bielańskim”.

Nikomu tego nie życzę. Trzeba być bardzo zdrowym i odpornym, by tam chorować i szukać pomocy.

Czy macie podobne doświadczenia z tego SOR-u?

 

Anna Szymańska

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Hanna 23.01.2026 11:25
SOR Bielański od strony „czerwonej” dostępnej wyłącznie dla personelu karetek. Jestem lekarzem anestezjologiem, mój mąż, bohater tej opowieści jest chirurgiem. Oboje przepracowaliśmy w szpitalach warszawskich całe nasze zawodowe życie, lecząc pacjentów i szkoląc młode kadry. Z wielkim żalem przyznaję, że z tych dwóch wymienionych wyżej zadań, tylko pierwsze, czyli życzliwa pamięć naszych pacjentów , być może jeszcze przetrwała. To, co my i nasi koledzy przekazywaliśmy własnym przykładem następcom- szacunek do pacjenta, szacunek do kolegi lekarza, niestety gdzieś umknęło. To nasza historia: B. mój mąż zachorował. Po trzeciej hospitalizacji i zabiegu operacyjnym przed tygodniem, wszystko szło w dobrym kierunku, B. czuł się dobrze, ciepła pogoda sprzyjała odpoczynkowi na tarasie, wieczorem krótki spacer z psem. O g.02.38 usłyszałam szept/krzyk/jęk „przykryj mnie”. Leżał drżący, zwinięty w kłębek ,gorący, jak piec, zamroczony, blady, z nitkowatym bardzo szybkim tętnem. Pierwsza myśl-wstrząs septyczny ( biorąc pod uwagę historię choroby). Telefon na 112. Długie tłumaczenie, że jako anestezjolog, umiem ocenić stan pacjenta, to stan zagrożenia życia. Nie do końca przekonani, ale przyjmują zgłoszenie. Na drugiej linii przyjaciel, doktor. Zaraz będzie. Pogotowie przyjeżdża szybko. Panowie ratownicy badają pacjenta – temperatura 40,2 stopnia ( no znowu jedziemy do gorączki, kwitują),ciśnienie krwi, coś około 200/130 mmHg, trudne do oceny z powodu dreszczy, saturacja 95, ale szybko spada do 88%. Zabieramy do szpitala- konkludują. Do którego? My tylko do Bielańskiego. Tylko nie to, złe doświadczenia z przeszłości. Rzucą go tam w kąt i będzie leżał, a tu trzeba działać szybko. Do przyjaciela - jedźmy do szpitala, gdzie był poprzednio, tam wszystko o nim wiedzą, są życzliwi, pomogą. Przyjaciel jednak odradza, w Bielańskim mają oddział, który się specjalizuje w problemach B., będzie lepiej tam, jak zrobią swoje, to go zabierzemy. Ok. Ratownicy podają tlen, bo saturacja spada. Jadą. Ja za nimi. Jest g.03 środek nocy, pusto na ulicach, są szybsi. Jak dojeżdżam, karetka już na podjeździe, B. w środku. Wchodzę. B. leży na wózku, jakaś pani ( pielęgniarka?)zakłada mankiet do ciśnienia. Zwracam się do pani za kontuarem: „Jestem żoną pacjenta, lekarzem anestezjologiem, chciałabym przedstawić lekarzowi problem z jakim chory przyjechał, to czwarta hospitalizacja w krótkim czasie, pacjent jest w ciężkim stanie, ma objawy sepsy, zebranie wywiadu będzie niemożliwe”. -Proszę stąd wyjść, tu jest strefa czerwona i nie wolno wchodzić osobom postronnym-odpowiada nie odwracając wzroku od telefonu, w którym , jak widzę kątem oka ,przegląda strony sklepu internetowego z ciuchami. -jestem żoną i lekarzem,pacjent nie jest w stanie sam niczego przekazać -poradzimy sobie, proszę wyjść -to może powie mi pani, kto jest lekarzem dyżurnym i kiedy przyjdzie -(z kamienną twarzą nie odwracając wzroku od telefonu) czy pani nie rozumie, co się do pani mówi? proszę wyjść i czekać na poczekalni. Wychodzę. Szukając poczekalni idę ciemnym korytarzem,pusto, nikogo,światła prawie wszystkie wygaszone. W skrawku oświetlonego korytarza widzę ubraną w szpitalną koszulę staruszkę siedząca na wózku. Nadchodzi w jej kierunku osobnik wyglądający na pracownika ochrony. „Co pani tu robi?” „jestem chora miałam badanie tu jest moje łóżko”, mówi wskazując na stojący pod ścianą wózek transportowy, „pan mi pomoże się położyć” „to nie jest pani łóżko, gdzie pani leży, skąd się pani tu wzięła?” „ja nie wiem” Pan ochroniarz wywozi gdzieś pacjentkę, która się komuś zgubiła. Wraca. Pytam więc: „przepraszam pana, polecono mi czekać na lekarza SOR w poczekalni, gdzie jest poczekalnia?” „tam prosto, za tymi drzwiami, co światło się świeci” „dziękuję, a może mi pan powie, bo mam czekać na lekarza , kiedy można się spodziewać, że przyjdzie?” „ no na pewno nie przed siódmą” „ jak to siódmą, jest 03 nad ranem ?!” „ gwarantuję, że przed siódmą nie przyjdzie” Błądzę ciemnym korytarzem. Wchodzę do poczekalni na stronę t.zw czerwoną Jak na SOR, to zdumiewająco pusto. Czeka tylko młody mężczyzna z żoną. „Jestem pierwszy, mam numerek 1” pokazuje opaskę na nadgarstku,miałem wypadek, uderzyłem się w klatkę piersiową, nie wiem, czy jest coś złamane, czekamy już prawie całą noc, dzieciak śpi w samochodzie. Żona się zdenerwowała to udało się zrobić zdjęcie RTG jakieś dwie godziny temu, ale trzeba czekać dalej, bo jeszcze nieopisane” I nic. Nikogo więcej. Pan ochroniarz przysiadł w kącie i przysypia. Mija półtorej godziny, pojawia się młoda osoba, którą widziałam w „strefie czerwonej”(iskierka nadziei) niestety, zmierza tylko do toalety. Korzystając jednak z okazji, zagaduję czy można coś zrobić, aby pan doktor się tu pojawił, opowiadam, o co chodzi. Grzecznie słucha i chyba rozumie, ale „przepraszam, ale ja jestem tylko studentką”. Jednak w chwilę później widzę w korytarzu wózek z moim mężem,pchany przez dwoje ludzi ( nie wiem, kto to, na pewno żaden z nich nie jest wyczekiwanym lekarzem) , kierują się w stronę pracowni RTG. Podchodzę, B. wygląda źle”zabierz mnie stąd” tylko tyle jest w stanie powiedzieć. Jeden z prowadzących wózek ( chyba były tam 2 osoby) pcha nadal wózek do pracowni, nikt niczego nie wyjaśnia, na moje pytanie, co chcą robić, osobnik odpowiada „niech się pani odsunie, bo wezwę policję”, po czym szarpie mnie i odpycha „pacjent jest w zagrożeniu życia i nigdzie nie pojedzie”. B. odzyskuje świadomość i słabym, ale stanowczym głosem mówi „ nie zgadzam się na pobyt tutaj, proszę o wypisanie na własne żądanie”. Odpycham sanitariusza i uciekam z mężem w kierunku poczekalni. Zbliża się 5 rano. Dzwonię do kolegi lekarza, który pracuje w innym szpitalu. Proszę o pomoc. Załatwia przyjęcie. Wracamy na strefę „czerwoną” czekamy na transport do innego szpitala. Za kontuarem ta sama pani o mocno wytuszowanych rzęsach nadal przegląda coś w komórce. Panowie (Sanitariusze, Ratownicy?) gawędzą. Stoję przy wózku i trzymam kroplówkę w wyciągniętej do góry ręce, ( bo przecież położona przy pacjencie kapać nie będzie). Zauważyłam niedaleko wolny stojak od kroplówki, więc ,nie bez obaw, że zostanę zrugana,przyciągnęłam ją do wózka. Worek z moczem był już prawie pełen ( jeśli jest powyżej 1500 ml, to słabo spływa jeśli leży na ziemi a nie jest podwieszony),poprosiłam o naczynie, żebym mogła opróżnić przed transportem. Pani „ z rzęsami” , nie odrywając wzroku od komórki, przepytała mnie tylko kpiącym tonem, jaka jest pojemność worka, sugerując, że się czepiam. Dyskretnie zjawiła się natomiast „tylko studentka”,która sprawnie worek opróżniła. Podziękowałam Jej za wszystko. Z „tylko studentki” będzie „aż lekarz”, jeśli nadal będzie odporna, na zły przykład obojętności i pogardy, jaki dla chorego człowieka i jego bliskich miał personel dyżurny SOR Szpitala Bielańskiego w noc z 11/12 kwietnia 2023 r. Jesteśmy już bezpieczni w innym szpitalu. Hanna Karetka „R”na sygnale zawiozła B. do innego szpitala gdzie potwierdziło się rozpoznanie sepsy. Już w Izbie Przyjęć wdrożono intensywna terapię. Z krwi wyhodowano z szczep alarmowy wieloopornej bakterii. To, że pacjent przeżył zawdzięcza tylko temu, że jesteśmy lekarzami i mamy przyjaciół, którzy mogli nam pomóc. Ten list wysłałam do pani Dyrektor Doroty Gałczyńskiej-Zych, licząc na reakcję. Nie zareagowała. Drogą służbową przekazała informację „ do wyjaśnienia”, które miało wyłącznie wyjaśnić, że wszystko było w porządku.

.. 22.01.2026 23:37
Zacznijmy od tego, że Pani jest nie zgłaszała się z nagłym zagrożeniem życia. Dziwi mnie łatwość oczerniania personelu medycznego, skoro za każdym razem zamiast skorzystać z pomocy lekarza poz lub tak jak tutaj doctor stwierdziła pomocy psychiatry wybiera Pani SOR. Skoro, jak Pani twierdzi, było tak źle, w samej Warszawie funkcjonuje wiele SOR-ów. Szaserów również posiada oddział ratunkowy nic nie stało na przeszkodzie, by zgłosić się tam. Gdyby istniało realne podejrzenie udaru, pacjentka zostałaby zakwalifikowana do kategorii pilnej (żółtej lub czerwonej), a nie zielonej. Dodatkowo trudno zrozumieć poruszanie tematów takich jak RODO czy napoje w sytuacji, gdy ktoś faktycznie źle się czuje. W stanie realnego zagrożenia zdrowia takie kwestie schodzą na dalszy plan. Z przykrością stwierdzam, że po tym artykule poziom tej gazety wyraźnie się obniżył

Włodek 21.01.2026 00:27
Niestety jest coraz gorzej; coraz więcej pacjentów, właśnie którzy przyszli o własnych siłach, twierdzących/wykrzykujących: płacę i wymagam, od miesięcy rzeczywiście chorujących i akurat tego dnia mogli się pojawić, teraz JA JA JA , natychmiast przecież to SOR, Niestety jest coraz gorzej; ze służbą zdrowia-napewno, jeszcze gorzej jest z pacjentami, ich roszczeniowość nie zna granic-do zaakceptowania, nieakceptowalna jest; kultura słowa, jakość wypowiedzi, (chamstwo jak by ktoś miał wątpliwości o czym mówię), jeszcze gorsza niż w polityce, niestety ryba psuje się od głowy i na dodatek duuuużo szybciej. Niestety jest coraz gorzej; nie rozumiem tych lekarzy/pracowników z SOR-u, chyba mają duże kredyty, że znoszą te wszystko wyzwiska i poniżenia, my pacjenci wiemy przecież najlepiej, co powinni robić, oprócz młodych „uczących się pomocników” pracują tam naprawdę lekarze znający swój fach. Niestety jest coraz gorzej; pacjencie płacisz do ZUS nie na SOR-ze, inaczej jak idziesz z pieskiem do Weta - jesteś VIP bo płacisz. Jak lekarze przeniosą się z SOR do prywatnych klinik, też tam pójdziecie z pieniędzmi (duuużymi) i zapłacicie, bo ból tak ma, jak naprawdę boli to oddamy wszystko. Na SOR można zaoszczędzić pieniążki, ale to kosztuje czas. Sprawdzone, przez wiele osób nawet polecane. Niestety jest coraz gorzej; 16 styczeń 2026 to kolejny raz w moim życiu kiedy próbuję oszukać system/przeznaczenie, chodzić mogę, choć zawozi mnie żona (wielkie dzięki), godziny się dłużą, a w stosunku do pojedynczych sekundowych/minutowych kontaktów z pracownikami/lekarzami to wieczność, miejsca w żadnym wypadku nie porównał bym do rzeźni, pierwsze wrażenie chlewna…… Nie winie pacjentów, w ich stanie zachowujemy się dziwnie (poty, wymioty, czy załatwianie się pod siebie) to może być norma. Pracowników SOR również nie, cały czas napięcie, jak odpowiedzieć karkowi, nie łamiąc regulaminów a jednocześnie nie dostać w łeb, jak odpowiedzieć pani w futrze ze znajomościami, że tu nie pasuje, bo jest przyzwyczajona do szybkiego życia, a za tymi drzwiami życie się zatrzymuje, nieraz na zawsze. Lekarzy w żadnym wypadku, to nie MY/Google/AI stawiają diagnozy, to ONI pytają, patrzą, dotykają, nieraz wspierają się maszynami, ONI zgodnie ze swoją wiedzą/doświadczeniem wydają wyrok pod którym nie boją się podpisać… NIestety jest coraz gorzej; tak to było bardzo ciężkie przeżycie, najgorszy z dotychczasowych pobytów, szpital podziemny. Dziękuję Całemu Zespołowi SOR Bielany za trafną diagnozę i uratowanie życia. Warto było, rano awansowałem na piętro, szczypię się co rano, aby uwierzyć że żyję, TU jest jak w Niebie. (oprócz posiłków)

Włodek 21.01.2026 00:49
NIestety jest coraz gorzej; człowiek człowiekowi …….

Jagoda 23.01.2026 07:00
Co ty wypisujesz człowieku Na sorze byłam nie raz jako opiekun chorego Z moich obserwacji wynika że człowiek musi mieć zdrowie żeby w ostrym bólu przeżyć sor Nie dziwię się ludziom że tak się zachowują a czasem dochodzi do rękoczynów bo człowiek w ostrym bólu nie myśli racjonalnie i miglby komuś zrobić krzywdę Mojemu mężowi na ból brzucha nie pomogły zadne środki przeciwbólowe a lekarz śmiał się z niego że delikatny wrażliwy lub psychiczny po odsiedzeniu kilku godzin na sorze trafił na oddział gdzie pod salą odsiedział noc czekając na łóżko. Diagnoza ostre zapalenie trzustki stan zapalny na granicy sepsy Dzięki opiece lekarzy z oddziału i Bogu wyzdrowiał. Diagnozę dostał rano od lekarza rodzinnego i skierowanie z opisem z natychmiastowym przyjęciem na oddział a prawdziwe leczenie zaczęło się 24 godziny później Co i tak było mistrzostwo świata w oczekiwaniu według innych To po co te skierowanie na oddział jak pacjent musi od nowa przechodzić ustalanie celu wizyty

Włodek 23.01.2026 18:47
Przegląd od AI Mając skierowanie do szpitala, wybierz placówkę, zgłoś się do Izby Przyjęć (lub rejestracji), przedstaw skierowanie i PESEL – zostaniesz zbadany przez lekarza, który zakwalifikuje Cię do hospitalizacji (wyznaczy termin, skieruje na oddział) lub wyznaczy termin późniejszego przyjęcia. Często Izba Przyjęć mylona jest z SOR. NIe jestem lekarzem więc nie będę dyskutował z przypadkiem pani męża. Ja opisałem tylko swoje odczucia. Nie zgodzę się jedynie z tym że człowiek w ostrym bólu staje się agresywny jest wręcz odwrotnie. Agresja jest raczej po alkoholu lub snusach.

Iwona GJ 20.01.2026 22:54
Ja czegoś tu nie rozumiem - oddział ratunkowy jest dla osób z zagrożeniem życia - gdyby tylko tacy tam trafiali lekarze nie byliby tak obciążeni, a tak ktoś kichnie, zakłuje go i już leci na SOR bo tam szybciej zrobią badania - a zagrożenia życia nie ma. Ta Pani chyba nie była w zagrożeniu życia skoro przesiedziała tam 17 godzin i wyszła żywa! Uważam, że na Sorze powinni zdecydowanie odsyłać nieostre przypadki - wtedy mieliby czas i siły na pomoc dla tych, którzy jej naprawdę potrzebują!

Ewa 20.01.2026 19:39
Niestety, tak właściwie jest na każdym SOR... Kilkanaście godzin - wysłano mnie na SOR z numeru 112, kiedy dzwoniono po karetkę dla mnie. Znieczulica nieuleczalna, łamanie praw pacjenta i ochrony danych osobowych sensytywnych bezpardonowe omawianie przypadku w sposób upokarzający przy licznym gremium słuchaczy, pacjentów czytaj ludzi chorych traktuje się gorzej niż śmieci. Lekceważenie skierowań od lekarzy i badań. taki jest obraz tzw "służby zdrowia". Zwierzęta u Weta sątraktowane jak VIP-y w luksusowych klinikach. W sumie nic nowego poza naturalną konsekwencją komercjalizacji usług medycznych, było do przewidzenia, że moment w którym choroby i leczenie stały się źródłem dochodów - człowiek jako istota i wszelkie przejawy empatii zanikną.

3456 20.01.2026 18:19
To ja bym poprosił wersję z perspektywy pracownika :P Mam wrażenie że wielu z was by się zdziwiło ile głupot i sprzeczności zostało zawartych w tym marnej jakości artykuliku

Gg 20.01.2026 13:11
Rozumiem frustrację i zmęczenie związane z wielogodzinnym pobytem w SOR, jednak w tym opisie pojawia się sporo nieścisłości merytorycznych i błędów logicznych, które warto sprostować. Przede wszystkim SOR nie jest miejscem realizacji skierowań planowych, prowadzenia obserwacji ani „poszerzania diagnostyki” w chorobach trwających od miesięcy. Skierowanie „do szpitala” nie oznacza przyjęcia przez SOR- oddział ratunkowy działa wyłącznie w stanach nagłego zagrożenia życia lub zdrowia, a nie jako obejście kolejek na oddziały planowe. Pojęcie „przypadek ostry” także jest tu mylone: ostry nie znaczy „uciążliwy” czy „długotrwały”, tylko nagły i pilny tu i teraz, dlatego ironizowanie, że „w ostrym stanie czeka się miesiące”, świadczy raczej o niezrozumieniu kwalifikacji medycznej niż o absurdzie systemu. Triaż nie jest diagnozą, tylko oceną pilności- długi czas oczekiwania oznacza, że stan nie został uznany za zagrażający życiu, co z medycznego punktu widzenia jest dobrą informacją. Jednocześnie zarzuty o „powolność” i „chowanie się personelu” stoją w sprzeczności z opisem dyżuru, na którym jeden lekarz i jeden pielęgniarz mieli pod opieką kilkadziesiąt osób w środku śnieżycy- to przeciążenie systemowe, a nie zła wola. SOR nie jest oddziałem hotelowym ani izbą przyjęć planowych: hałas, zapachy, brak posiłków czy komfortu dla osób siedzących na korytarzu nie stanowią naruszenia praw pacjenta, tylko realia medycyny ratunkowej. Podnoszony argument RODO również jest nadużywany- w warunkach SOR ochrona danych ma inne ramy niż w gabinecie prywatnym i nie każda głośna informacja oznacza złamanie prawa. Lekarz dyżurny ma prawo odnieść się do aktualnej farmakoterapii w kontekście objawów i zdecydować o braku wskazań do hospitalizacji; fakt, że „widzi pacjenta pierwszy raz”, nie unieważnia jego kompetencji. Emocje są zrozumiałe, ale wnioski oparto głównie na subiektywnym poczuciu krzywdy, przy jednoczesnym myleniu trybu planowego z ratunkowym i zasad funkcjonowania SOR. Krytykować niewydolność systemu- tak, przypisywać ją personelowi na dyżurze- nie.

Karola 21.01.2026 01:46
I tu się można zdziwić, ja z mamą która miała skierowanie do natychmiastowego podania wlewu żelaza, odbiłyśmy się od wszystkich szpitali z oddziałami które mają taki kontrakt, w jednym z nich poinstruowano nas, że trzeba przez SOR, jak będzie miejsce na oddziale to przyjmą. Szok ale próbujemy na jednym nam od razu powiedziano ze miejsca nie ma a na drugim po 8 godz. 😊 i że musimy próbować do skutku po pacjentka ma takie wyniki że musi mieć podane jak najszybciej. Widzę tu w komentarzach, że wiele osób nie zna reali naszej służby zdrowia, my naprawdę nie chciałyśmy tam siedzieć i zawracać gitary ale byłyśmy bez wyjścia. Ja rozumiem, że frustracja, zmęczenie i złość na system ale to nie daje przyzwolenia na lekceważenie pacjenta i brzydkie komentowanie kompetencji kolegi po fachu.

Załamana 20.01.2026 10:32
Jasne,najgorszy SOR jaki istnieje.Mąż czekał 14 godz.na transfuzje osocza krwi,z(spadek płytek krwi zagrażający życiu)które trwało 40 min.,a oczekiwanie tak jak napisałam wyżej 14 godz.Nie wspomnę nawet o tym,że jest pacjentem onkologicznym po resekcji guza mózgu(glejak 3 stopnia)po radio terapii I był wtedy na chemioterapii.Więc Sami możecie sobie wyobrazić jak był narażony na złapanie jakiejkolwiek infekcji(był tam przyjęty nawet człowiek mocnopijany,opieluchowany,bo robił pod siebie z ranami otwartymi) i co mogło grozić męžowi,Po wielkich proźbach, aby dać mężowi oddzielne pomieszczenie,izolatkę bezskutecznie usłyszałam,pani sobie żartuje tu nie hotel.No I wtedy nie wytrzymałam,puŝciły mi nerwy,ale przez to mąż otrzymał oddzielne pomieszczenie,tylko łóžko z lat 70,wąskie,ale przynajmniej mògł się położyĉ.Przeszedł gehennę,(a ja razem z nim)myŝlałam,że nie doczeka juž,że to jego koniec,a resekcja guza,i trud lekarzy,którzy uratowali mu życie nie będzie miało znaczenia. Nigdy więcej tego miejsca I chyba NFZ lub ministerstwo zdrowia powinno się tym SOR-em zająć.Pozdrawiam

MK 20.01.2026 10:02
Skandaliczny artykuł napisany przez osobę, która nie rozumie podstawowej funkcji SORu. Oddział są przeciążone dokładnie przez takie osoby jak Pani. Wstyd dla Gazety za publikacje takiego chłamu.

S.Bareja 20.01.2026 09:49
Czas się tam zatrzymuje. W poczekalni jest wstępna selekcja kto wytrzyma, a kto może zrezygnuje. Byłem tam kilka razy i raz chyba było normalnie pomijając czekanie godzinami. Raz podłączono mi lodowatą kroplówkę w taki sposób, że leciała ciurkiem i ręka zaczęła mi zamarzać. Na darmo było wzywać pomoc, mimo urazu sam wspiąłem się i przykręciłem zawór. Innym razem trafiłem z nieustającą czkawką, zrobiono mi kilka badań spędziłem na SOR prawie 20h bez zmrużenia oka. Kiedy następnego dnia byłem pół przytomny stwierdzono, że nie przyczyna jest nieznana, ale nie stanowi zagrożenia życia, więc wypisano mnie do domu. Poszedłem prywatnie do gastrologa, który rozwiązał problem podrażnienia przełyku jednym lekiem, po godzinie w końcu mogłem zasnąć. Szczerze obawiam się tego miejsca i w przypadku możliwości dojścia o własnych siłach zdecydowanie wybiorę każdy inny szpital.

japrdl 20.01.2026 13:41
Z czkawką na SOR. Brak słów.

Przemek 20.01.2026 09:20
Spędziłem tam 12 godzin ze złamanym obojczykiem. Zostałem pobity przez pielęgniarza czy lekarza bo nie spodobało mu się co mówię do ojca w rozmowie telefonicznej (którą podsłuchał).Brak jakiejkolwiek organizacji - do lekarza nie ma numerków i nikt nie wywołuje - jak się przebijesz to Cię przyjmą. Przyszła Pani ze skaleczonym palcem i została przyjęta od razu bo głośno płakała natomiast na korytarzu leżał pacjęt z wypadku nieprzytomny, Przywieżli Go z godzinę po mnie a jak wychodziłem ze szpitala to nadal leżał bez diagnozy bo się nie skarżył i nie domagał przyjęcia.

Sylwia Roman-Głuśniewska 20.01.2026 09:16
Jest różnica między izba przyjęć, SOR-em . Na izbę przyjęć zgłaszają się osoby, które mają już wyznaczoną datę przyjęcia, a SOR to nagłe przypadki i w szpitalu bielańskim IP jest w innym miejscu. Niestety 3/4 pacjentów nie powinno zgłaszać się na SOR bo jak sama nazwa wskazuje jest różnica między osobami, którym się coś nagle stało, a osobami które mają coś już od kilku dni, miesięcy itd. Nikt z pacjentów nie widzi tego, że podczas tego pobytu ma całą diagnozę na którą się normalnie czeka kilka miesięcy za to widzą ile czekają. To, że jest nie zamykana łazienka dla mnie jest oczywiste chociażby z powodu zasłabnięcia pacjenta jest łatwiej wejść . Jeżeli chodzi o zapach i inne rzeczy to świadczy o pacjentach, którzy zachowują się skandalicznie czasami . Kładą się w butach na łóżkach , nie spuszczają wody w toalecie i jeszcze na dodatek śmierdzą potem … Niektórzy nawet lepiej jak nie zajmują butów bo już przez nie czuć smród . Oczekujecie od personelu empatii i zrozumienia, a czy sami ja dajecie ?! Chce też przypomnieć, że pacjent oprócz tego, że ma prawa to też ma obowiązki o których się zapomina! Pacjenci bywają agresywni i wulgarni dla personelu, ale o tym się nie mówi. Jeżeli chodzi o RODO to trzeba rozumieć ten przepis bo Imię, nazwisko i pesel to nie jest RODO . I przy takich ilościach pacjentów nie jest wstanie żaden SOR obsłużyć i zapewnić wszystkim całodobową opiekę. Rodziny, które przychodzą to raczej w firmie obserwatorów i komentatorów . Nie chcą nawet podać szklanki wody czy pojechać na badanie z Salawa jak potrzeba pomocy . Więc nie widzę konieczności tych wizyt. Druga sprawa, że osoby starsze są przywożone w stanie zaniedbania, odwodnienia i często we własnych odchodach, a po pewnym czasie zjawia się rodzina i chce podać wodę bo np. mama jest i nie piła już tyle godzin . Oczywiście są pretensje i awantury czemu to tak długo trwa?! A ja się pytam czemu mama trafiła do nas w takim stanie i gdzie byli ?! Praca na SOR to ciężka praca, a nawet niewdzięczna bo nikt tego nie docenia .

Dorota Nowakowska 20.01.2026 09:54
Pesel jest RODO!!!!!!!!!!!!!!!!!

Odesłana 20.01.2026 02:11
Odesłano mnie z tego SOR że niby mój przypadek to na planową wizytę u chirurga. Następnego dnia na innym miałam natychmiastowe przyjęcie i operację w środku nocy.

Iider 19.01.2026 23:46
Zawiozłem koleżankę na SOR na Bielanach z podejrzeniem złamania ręki. To było w 2023 r. Czekaliśmy 9 godzin bez żadnej informacji. Personel tylko chodził i rozmawiał, nie udzielając pomocy. Po 9 godzinach powiedzieli, że nie ma lekarza. Koleżanka stwierdziła, że czuje się już lepiej i odwiozłem ją do domu.

Goś 19.01.2026 23:19
ze skierowaniem nie idzie sie na SOR tylko do sekretariatu i tam sie ustala termin przyjęcia na oddział - https://www.bielanski.med.pl/przyjecia-planowe-informacja-dla-pacjentow/

Reklama
PRZECZYTAJ
Reklama
Reklama