Na nasz jednodniowy wypad wybraliśmy Pilicę w okolicach Warki. Nie mieliśmy ochoty na długą, wymagającą trasę, dlatego zdecydowaliśmy się na odcinek liczący około ośmiu kilometrów. To był bardzo dobry wybór: wystarczająco długo, żeby nacieszyć się rzeką, a jednocześnie bez poczucia, że cały dzień podporządkowaliśmy wiosłowaniu.
Z Warszawy do Warki – przez krainę sadów
Dojazd z Warszawy zajął nam niewiele ponad godzinę. Czas podróży zależy oczywiście od miejsca startu i ruchu na drodze, ale Warka leży na tyle blisko stolicy, że dobrze sprawdza się jako cel jednodniowej wycieczki.
Im bliżej miasta, tym wyraźniej zmienia się krajobraz. Zamiast gęstej zabudowy pojawiają się pola, niewielkie miejscowości i sady, z których słynie ten region. Rzędy jabłoni, grusz i śliw ciągną się wzdłuż drogi, a sama podróż staje się przyjemną częścią wyjazdu.
Po warszawskim pośpiechu taki widok działa zaskakująco kojąco. Telefony nadal mogą dzwonić, a lista spraw do załatwienia nie znika, ale za oknem wszystko wygląda tak, jakby toczyło się trochę wolniej.
Organizacja spływu

Samochód zostawiliśmy przy miejscu zakończenia trasy. Firma kajakowa przewiozła nas stamtąd na start spływu, dzięki czemu po dopłynięciu nie musieliśmy organizować powrotu po auto. Całość przebiegła sprawnie, a obsługa była bardzo życzliwa i pomocna.
Płynęliśmy trzyosobowym kajakiem, co okazało się dodatkową atrakcją. Taki skład wymaga odrobiny współpracy: trzeba ustalić rytm, pilnować kierunku i czasem zdecydować, kto wiosłuje, a kto przez chwilę odpoczywa. Nie przyjechaliśmy jednak nad Pilicę, żeby bić rekordy. Chodziło o spokojne płynięcie, rozmowę i oglądanie brzegów z perspektywy wody.
Pilica – spokojna, ale nie monotonna

Pilica pozytywnie nas zaskoczyła. Na naszym odcinku była szeroka i przeważnie spokojna, choć miejscami nurt wyraźnie przyspieszał. Rzeka pomagała nam płynąć, ale nie pozwalała całkiem zapomnieć o wiosłach.
Tego dnia dodatkowym utrudnieniem był silny, zmienny wiatr. Kiedy wiał w plecy, można było zwolnić i pozwolić, by większość pracy wykonał nurt. Chwilę później podmuchy utrudniały utrzymanie kierunku i trzeba było wiosłować mocniej. Przy mocnym słońcu wiatr miał jednak także dobrą stronę – przyjemnie chłodził.
Warto pamiętać, że warunki na rzece zależą od pogody i poziomu wody. Pilica jest popularną rzeką rekreacyjną, ale nawet na łatwej trasie potrzebne są kamizelki asekuracyjne, rozsądek i trasa dopasowana do doświadczenia uczestników. Przed wypłynięciem najlepiej zapytać organizatora o aktualny stan rzeki.
Lasy, łąki i piaszczyste brzegi
Krajobraz na trasie często się zmieniał. Raz płynęliśmy wśród drzew, po chwili mijaliśmy otwarte łąki i pola, a dalej znów pojawiał się las. Szczególnie dobrze wyglądały sosny odbijające się w wodzie.
Choć rano byliśmy jeszcze w Warszawie, na rzece szybko straciliśmy poczucie bliskości miasta. Zamiast klaksonów i ulicznego szumu słyszeliśmy wodę, ptaki, wiatr w koronach drzew i od czasu do czasu głosy osób odpoczywających na brzegu.
W kilku miejscach widzieliśmy rodziny, namioty i niewielkie biwaki. Jedni zatrzymali się zapewne na kilka godzin, inni planowali zostać nad rzeką dłużej. Pilica zdecydowanie sprzyja niespiesznemu odpoczynkowi.
Pod koniec sierpnia ptaków było mniej niż można się spodziewać wiosną, ale spotkaliśmy kaczki i łabędzie. Śpiące na wodzie kaczki z daleka wyglądały jak kawałki drewna. Dopiero kiedy jedna z nich się poruszyła, zorientowaliśmy się, na co patrzymy.
To jeden z uroków kajaka: poruszamy się cicho i jesteśmy blisko tafli wody, dlatego łatwiej zauważyć ptaki, rośliny przy brzegu czy niewielkie ryby. Trzeba tylko obserwować je z dystansu i nie dokarmiać – pozostawienie przyrody w spokoju jest dla niej najlepsze.
Mielizny i niespodziewana kąpiel nóg

Na trasie kilka razy trafiliśmy na bardzo płytkie miejsca. Kajak osiadał na dnie i trzeba było wysiąść, wejść do wody oraz przeciągnąć go przez mieliznę. Nie było to szczególnie uciążliwe; w upalny dzień chłodna woda przynosiła ulgę, a krótki spacer urozmaicał spływ.
Takie płycizny są jednak kolejnym powodem, by przed wyjazdem sprawdzić warunki. Ich liczba i uciążliwość mogą się zmieniać wraz z poziomem wody. Przy wysiadaniu warto też uważać na śliskie lub nierówne dno i dobrze zabezpieczyć telefon oraz inne rzeczy, które nie powinny zamoknąć.
Przystanek na dzikiej plaży

Najprzyjemniejszym momentem był postój na niewielkiej, piaszczystej plaży. Nie było tam leżaków, baru ani muzyki – tylko rzeka, piasek, słońce i nasze koce. Zjedliśmy kanapki, odpoczęliśmy i przez chwilę po prostu nic nie robiliśmy.
Właśnie wtedy najlepiej zrozumieliśmy, po co wybiera się na taki spływ. Nie dla liczby pokonanych kilometrów ani kolejnej atrakcji do odhaczenia, lecz dla kilku godzin, podczas których czas płynie trochę inaczej.
Po postoju zabraliśmy wszystkie rzeczy i śmieci. Dzikie miejsca mają swój urok właśnie dlatego, że nie są zagospodarowane – warto zostawić je w takim stanie, w jakim chciałoby się je zastać.
Osiem kilometrów w sam raz na spokojny wypad

Trasę liczącą około ośmiu kilometrów pokonaliśmy w nieco ponad dwie godziny. W tym czasie zdążyliśmy zrobić postój, przeprowadzić kajak przez płycizny, obserwować ptaki i spokojnie nacieszyć się krajobrazem.
Na końcu byliśmy wypoczęci, choć przyjemnie zmęczeni. To ten rodzaj zmęczenia, po którym człowiek ma więcej energii niż przed wyjazdem: kilka godzin na świeżym powietrzu, trochę ruchu, słońce, woda i dużo zieleni zrobiły swoje.
Czy warto wybrać się na spływ Pilicą z Warki?

Zdecydowanie tak, szczególnie jeśli szuka się prostego pomysłu na jednodniowy wyjazd z Warszawy. Warka jest stosunkowo blisko, a przy dobrej organizacji cała logistyka sprowadza się do rezerwacji kajaka, dojazdu i spakowania kilku potrzebnych rzeczy.
Krótka trasa będzie dobrym wyborem dla osób, które chcą odpocząć, a nie spędzić całego dnia na intensywnym wiosłowaniu. Nie oznacza to jednak, że można zlekceważyć bezpieczeństwo. Kamizelka asekuracyjna powinna być założona przez cały spływ, dzieci muszą pozostawać pod stałą opieką dorosłych, a decyzję o wypłynięciu trzeba dostosować do pogody, poziomu wody i własnych umiejętności.
Nam osiem kilometrów w zupełności wystarczyło. Było trochę ruchu, trochę przygody, chwila plażowania i sporo czasu na zwykłe patrzenie przed siebie.
Pilica pod koniec lata

Wybraliśmy się nad Pilicę pod koniec sierpnia. Słońce nadal mocno grzało, ale na niektórych drzewach pojawiały się już pojedyncze żółte liście. Lato było jeszcze obecne, choć pierwsze oznaki jesieni dawały o sobie znać.
Pomyśleliśmy wtedy, że warto tu wrócić o innej porze roku. Jesienią brzegi muszą wyglądać zupełnie inaczej, choć chłodniejsza pogoda wymaga już lepszego przygotowania i odpowiedniego ubrania.
Do Warszawy wróciliśmy trochę zmęczeni, lekko opaleni i naprawdę zrelaksowani. Ten wyjazd po raz kolejny przypomniał mi, że nie zawsze trzeba jechać daleko, żeby odpocząć. Czasem wystarczy godzina drogi, kajak i rzeka płynąca własnym tempem. Pilica nadaje się do tego znakomicie.
Artykuł w ramach cyklu „Rzeki Mazowsza” powstał we współpracy z Samorządem Województwa Mazowieckiego.



Napisz komentarz
Komentarze